O moich książkach

20 - O upraszczaniu rzeczy(wistości) - wpis z 20 kwietnia 2017

Zawsze staram się podkreślać, że droga przez życie każdego z nas jest indywidualna. Każdy z nas ma inny cel, dlatego też spotykamy innych ludzi oraz przytrafiają się nam inne sytuacje. Nie wpasujemy się w cudze życie, natomiast lepiej zrobimy jeśli przyjrzymy się własnemu. Patrząc na życie z uwagą, będąc otwartym na zmiany znajdziemy w końcu odpowiedzi na nurtujące nas pytania. Tak jak wszystko, przyjdą one wtedy, kiedy będziemy gotowi je usłyszeć. Ale na pewno przyjdą.

Od samego początku ten rok był dla mnie dynamiczny. Pozornie wszystko trwało we względnej stagnacji (efekty siedzenia w pustelni chyba), ale co jakiś czas następowało jakieś małe wydarzenie czy rozmowa i moje myślenie zmieniało tor. Przestaję się powoli dziwić temu, co przychodzi, ponieważ co chwilę przypominam sobie: no tak, przecież prosiłaś o to, no to masz odpowiedź. Czasem naprawdę nie rozumiem po co ktoś czy coś do mnie przychodzi, ale zostawiam to na potem. Zdarza mi się czasem zapomnieć, że każdy z nas jest inny, że ludzie mają różny poziom tolerancji i akceptacji, natomiast nie zdarza mi się zapomnieć co jest moim nadrzędnym celem: rozwój duszy i pomaganie ludziom. Na razie piszę o tym ogólnie, bo to w jaki sposób będę pomagać dopiero powoli się ujawnia. W międzyczasie pojawiają się różnorakie testy. Testy, o których mówię to tzw „świat cię sprawdza”. Kiedy podejmujemy ważną decyzję czy zmieniamy przekonania to czasem na początku jest w nas jeszcze wahanie, jakby kłamstwo; jakbyśmy czuli, że mówienie zdania: zasługuję na to, co najlepsze było wierutnym kłamstwem. Tak jest na początku (o przekonaniach, ich zmianie oraz wpływie na nasze życie wkrótce napiszę). Wtedy następuje okres sprawdzania nas, jak bardzo czegoś chcemy i jak bardzo chcemy zmian, o których mówimy. To jest bardzo ważny czas, bo nie powinniśmy się poddawać – okres próby minie, a my dostaniemy to, czego pragnęliśmy. Jak do tej pory ja już miałam kilka takich testów i kilka udało mi się zauważyć (ciekawe ilu nie zdałam). Dzisiejsze dni też przynoszą mi sprawdzanie. Pamiętam siebie dwadziescia lat temu i trzy lata temu. Osoba, którą staję się dzisiaj poddawana jest próbie wytrwałości i walce o siebie. Idę dobrą, bo dla mnie wybraną drogą, nawet jeśli nie wszyscy tak to widzą. Jednak nie mogę tego zmienić ani siebie, bo wiem, że muszę przejść przez to, co przyjdzie, ponieważ mnie to ukształtuje. Nawet jeśliby to oznaczało zupełną pustkę dookoła, samotność, brak zrozumienia i akceptacji, to nie cofnę się i nie zrezygnuję, gdyż tak naprawdę w konsekwencji wszystko ułoży się tak, jak powinno. Zrozumiem rzeczywistość we mnie i dookoła mnie.

Mam pewną wiedzę na temat siebie, widzę i czuję rzeczy, które wiem, że są prawdziwe. Czy mam temu zaprzeczyć, bo ktoś twierdzi, że się mylę? Jak mogłabym to zrobić? Kiedyś pewnie bym zrobiła. Z powodu braku argumentów czy też dla tzw świętego spokoju zaprzeczyłabym. Ale dzisiaj nie jestem tą sama dziewczyną. Jestem kobietą, która odkrywa swój świat i swoje powołanie.

Wśród wielu nowych rzeczy, których się o sobie dowiedziałam, jak na razie najważniejsze dla mnie jest upraszczanie rzeczywistości. Najpierw był sen. W tym śnie, stałam w pokoju przed ścianą, do której były przymocowane składane schody. Chciałam dostać się na pietro, ale nie potrafiłam na te schody wejść, ponieważ były one przymocowane równolegle do podłogi. Jak je rozłożyć? Jak na nie wejść? Obok mnie stała kobieta, która patrząc na moje wysiłki powiedziała: „Przecież to jest bardzo proste. Czemu ludzie tego nie wiedzą?” Wtedy podeszłam do tych schodów, dotknęłam je, delikatnie pociągnęłam, a one rozłożyły się. Tak po prostu, a ja już mogłam wejść na górę. To zdanie wkrótce zaczęło mi samo „wyskakiwać” w rozmowie z różnymi ludźmi, kiedy mówiliśmy o konkretnych sytuacjach ja wtedy mówiłam: przecież to jest bardzo proste. Po kolejnej takiej rozmowie zauważyłam, że to już nie przypadek, że to mówię. Przeanalizowałam sytuacje, w których użyłam tego stwierdzenia. Okazało się, że w każdej z nich ja po prostu wiedziałam, czy też widziałam uproszczenie problemu. W końcu doszłam do wniosku, że to my sami utrudniamy sobie życie, sami budujemy sobie coraz bardziej strome schody, tworzymy dramaty, które tak naprawdę nie istnieją i pozwalamy im rządzić naszym życiem. Zeland nazywa to wahadłami, które porywają nas w swoje szpony a my bezwolnie podążamy za nimi, czyli uczestniczymy w dramacie, którego nie ma, albo idziemy bardziej skomplikowaną drogą pod górkę, gdzie tak naprawdę można z górki – a efekt będzie ten sam. Dla kogoś, kto w to nie wierzy – nie mam racji. Zgadzam się. Bo żeby coś stało się prawdą, trzeba się na to otworzyć, dać temu szansę, żeby zaistniało. Pamiętam te sytuacje, w których odbyły się rozmowy, kiedy użyłam tego stwierdzenia. Kilka osób wówczas powiedziało: faktycznie, można i tak, czemu na to nie wpadłam. No, ale przecież nie dla każdego jest ta sama recepta. Mam tego świadomość i szanuję to. Moim celem jest pomóc ludziom, którzy sami przyjdą, którzy mnie znajdą i uznają, że z chęcią ze mną porozmawiają. Nasze spotkanie się będzie gdzieś zapisane. To jest właśnie moje zawierzenie i pełne zaufanie. Dlatego przestaję się martwić o cokolwiek, bo martwienie się przyciąga problemy, o których się myśli. Nie martwię się na zapas, bo to jest to, co kreuję. Za to w to miejsce wstawiam obraz pomyślnego rozwiązania sytuacji, o której myślę. Przekuwam go, odwracam medal, zmieniam, transformuję. Zamiast: spóźnię się, mówię: zdążę na czas. Nieważne że mam 5 minut, 5 kilometrów i korek do zjazdu. Wiem, że zdążę. I wiecie co? Zdążam. To mnie zawsze zaskakuje. Wtedy uśmiecham się i mówię bezgłośnie: dziękuję. Kiedy czuję w brzuchu stres przed jutrzejszym dniem, a mój niepokorny mózg rysuje mi katastrofalne scenariusze, mówię: jutro wszystko pójdzie gładko, a obraz katastrofy zastępuję sytuacją o pozytywnym zakończeniu. Powtarzam to tak długo, aż katastrofa sama się skasuje. Ja lubię, kiedy rzeczy dzieją się same, bo to mi upraszcza rzeczywistość. Tak, one się zadzieją same, ale dajmy temu energię w postaci myśli i obrazów, zróbmy pierwszy krok.

W sumie od dziecka nie lubiłam skomplikowanych ludzi, sytuacji czy relacji. Zawsze się zastanawiałam, jakby to obejść, żeby było z górki, a żeby efekt był ten sam. Nie lubiłam biec za tłumem, robić czegoś, bo wszyscy robią, mieć coś, bo wszyscy mają. Dzisiaj się buntuję przeciwko wszystkiemu, co narusza moją indywidualność (ale to taki etap, jak bunt nastolatka – miejmy nadzieję) i zadaję pytania – jeśli je mam. Nie przewiduję pesymistycznych scenariuszy, złych zakończeń, nie nakręcam się własnymi wątpliwościami, porażki zamieniam w lekcje i wyciągam z nich wnioski, staram się być szczera ze sobą, jeśli innym musiałabym skłamać wolę milczeć, rano z uśmiechem na ustach witam się z Energią i całym światem. Tak, uśmiecham się czasem tak po prostu, bo podobno wówczas w mózgu zachodzi jakiś pozytywny proces, więc testuję to. Bywam jeszcze bardziej bezpośrednia niż kiedyś, nieustępliwa jeśli chodzi o mnie i o to, w co wierzę. W moim świecie przypadki układają się w sensowną całość, spotykam ludzi dobrych i pomocnych, a wszystko kończy się zawsze najlepiej dla mnie. To jest naprawdę proste. Gdyby ktoś miał wątpliwość, skąd czerpać wiedzę co i jak zrobić, to najważniejsze jest, aby pozostać w zgodzie ze sobą.

W sytuacjach, kiedy miałam problem i podeszłam do niego po nowemu, nieszablonowo (czyli m.in. właśnie w zgodzie ze sobą) i mi się udało – mówię: no przecież to było takie proste. Ja wierzę (wiem), że moja rzeczywistość jest prosta i że wszystko działa tak, jak napisałam. Za każdym razem jestem zdziwiona, że zadziałało. Potem dziwię się tym, że się dziwię. Doprawdy – czasem sama dla siebie jestem najlepszą rozrywką.

Opublikowany: Blog

Zostaw komentarz